wtorek, 25 lipca 2017

Malowane wrota

- Jakie znowu wrota?
- Ano do stodółki.
- To tu jeszcze jest stodoła? Nie dość szopy i obórki?
- Ano jest w pakiecie i koniec.

Stodółka jest w pakiecie, czyli jest to po prostu ostatnia część budynku. Bardzo lubię to, że wszystko jest zbudowane jednym ciągiem. Do mieszkalnej części balowej przylegała kamienna obórka, zaś do niej z kolei drewniana stodoła. Wszystko przykryte jednym dachem. Ze stodółki można było wejść na strych, a właściwie wrzucało się tam siano zebrane z okolicznych łąk. Siano było oczywiście dla byka, ale większość po prostu leżała tam latami i ocieplała strop. Ocieplała dość skutecznie i równie skutecznie go obciążała, o czym przekonaliśmy się, gdyśmy je wyrzucili. Zrobiło się chłodniej, a cała chata trzeszczała tak, że nieraz zastanawialiśmy się, czy ktoś nie chodzi po górze. A ona po prostu prostowała się...

A dziś o wrotach do stodółki, bo to ostatnia część "frontowej elewacji" (ach, jak to brzmi...). Niestety, okazuje się, że nie ma właściwie zdjęć starych wrót, a szkoda... Drewno było piękne, stare, ciemne od deszczu i słońca. Jedyne zdjęcie jakie znalazłam jest bardzo niewyraźne...




Niestety, tamte wrota były już wypaczone, niektóre deski  spróchniałe. Nie było jak ich ratować, zostały rozebrane. Nowe wzmocniły przy okazji konstrukcję budynku. Wszystko, co Dżon robi ma przy okazji wzmacniać całość. Skoro chata stała te sto lat, to niech jeszcze bezpiecznie ze sto postoi. Wrota usztywniły tą część domu.

Dżon zrobił je w taki sam sposób, jak drzwi wejściowe, tak, że nie pasują do całości :)


A zaraz po robocie wyglądały tak:





Okucia są identyczne wszędzie...


Na koniec całe wrota Dżon pociągnął pokostem, który doskonale zabezpiecza i konserwuje drewno. A także nadaje mu głębszy kolor, uwidacznia słoje...

Czyli, to nie są malowane wrota. To są pokostowane wrota :)



 Tak to wyglądało w 2013 roku...



... a tak dziś, czyli po 4 latach :)



Już widać lekką "patynę". No i dobrze. Tak wygląda swojsko i naturalnie :)

Powolutku mogę wycofywać się z podwórka.
Następnym razem zabiorę Was do kuchni. Jak starych znajomych...

Pozdrawiam i zapraszam!

czwartek, 20 lipca 2017

Kamień na kamieniu, na kamieniu kamień...

Wracając, jak gdyby nigdy nic, do tematu....

Tylko balowa część domu nie wymagała większej ingerencji. Właściwie nie wymagała żadnej. Piękne, ręcznie ciosane bale oparły się upływowi lat i cieszą oczy do dziś. Dziurki po kołatku pracowicie zajmują co roku jakieś osowate, a walkę z nimi dzielnie prowadzą sikorki (i chociaż od środka ma się wrażenie, że to co najmniej dzięcioły, to nie, jednak sikorki, bo sprawdziłam). Resztę domu trzeba było jednak nieco "przysposobić". Dziś o kamiennej części.

Kamieniak był dumną siedzibą ... byka. Tak. Po prostu była to kamienna obórka, w której Babcia Aniela chowała sobie byczka albo dwa. O tym, jak z obórki powstała kuchnia kiedy indziej. Dzisiaj pokażę jak zmieniła się ta część frontu domu.

Na początku było tak. Malowniczo i praktycznie jednocześnie. Pod warunkiem, że chowałeś byki...




Krótko mówiąc, tak:



Pomijając te wszystkie cegły, sama robota kamieniarska była wcale niezła. Ale my mieliśmy swoją koncepcję i tu trzeba się było dobrze zastanowić. Jak zrobić, żeby nowe wtopiło się w stare. I jak to zrobić jednymi rękami...

Powoli.

Okno zdecydowaliśmy się w ogóle zamurować, natomiast drzwi Dżon zamurował do połowy i tak powstało nowe okno. O tak:

Nasze prywatne lochy...


Tak to wyglądało od środka...


A tak od podwórka...

Zamurowane okno od obórki.



Były drzwi i nie ma drzwi. Jest za to okno z pięknym kamiennym parapetem. Przy okazji  Dżon "wyciągnął" na tą stronę wodę, żeby było łatwo podlewać. Inaczej musielibyśmy chyba za każdym razem ciągnąć wąż przez środek chałupy... Albo ulicą, dookoła domu. Już to widzę... kilometry węża ogrodowego i defilada ulicą (no, wielkie słowo "ulica"). I jeszcze modlić się, żeby ktoś nie przejechał... Nieeee, no przecież sąsiedzi nie jadą tu szybciej niż 60, jak to kiedyś usłyszeliśmy... To nic, że droga wąziutka, jak to w górach...

No i w tym momencie zostało właściwie tylko wstawić okno.

Wstawione okno kuchenne od środka.



Wszystkie okna, czyli właśnie to i okna na poddaszu, robił nam bardzo dobry fachowiec, pan Maciek z Żywca. On wymienił wszystkie okna i drzwi Babci Anieli, a że zrobił naprawdę dobrą robotę zdobyliśmy na niego namiary i nie żałujemy. Świetny stolarz, jesteśmy szczerze zadowoleni. Okna oczywiście są drewniane. Dzięki Bogu nikt nie wpadł na to, żeby tej staruszce zaaplikować plastikowe okna. Uffff...



Myślę, że wyszło fajnie. Było z tym roboty i kombinowania, ale tu już tak jest. Wszystko kosztuje trzy razy tyle roboty i dziesięć razy tyle kombinowania, myślenia, liczenia, przymierzania, itp., itd.


To był rok 2013. A tak to się ma teraz...

Na okienko w kuchni zrobiłam na szydełku siatkową firankę w kwiatkowy wzorek. Myślę, że pasuje idealnie...



W tle artystycznie przycięte tuje sąsiada...


Już prawie nie widać żadnej różnicy. Tak, jakby nigdy nie było drzwi, nigdy nie było obórki, nigdy nie było byka. A był. Dlatego teraz mamy kuchnię "po byku"!



I to by było na tyle.
Następnym razem pokażę, jak Dżon zrobił nowe wrota do stodółki.
Pozdrawiam i zapraszam do nas znów!

😊