– A po kie licho wam takie coś. A dlaczego nie piękny dom góralski w stylu górniczym? Obejrzyjcie się wokół. Kto tu ma taką chatę?
– Ano taka sobie fenaberyja. Kupić sobie chatę, póki jeszcze można taką spotkać. Bo zaraz będzie za późno. A to dom ze świata, którego już nie ma.
Chata na zewnątrz wyglądała zachęcająco. Trzymała się jeszcze kupy. Wierzcie mi, że widzieliśmy różne cuda. W środku miłe zaskoczenie – izba była wysoka. W innych domach strop był nisko. Tuż nad oknami. Pewnie ma to swój specyficzny wdzięk. Pewnie tak. Ale nie dla mnie. Mimo, że sama mam metr pięćdziesiąt w kapeluszu, potrzebuję trochę przestrzeni.
Tak, sufit w izbie był wysoko i był piękny. Stare, szerokie świerkowe dechy oparte na trzech grubych dźwigarach. Wszystko pokryte patyną, zakonserwowane dymem z pieca, po którym został tylko ślad na podłodze. Nikt dotąd nie zdążył go pomalować, ani, co gorsza, obić jakąś nieszczęsną boazerią. Na środkowym dźwigarze wyryta piękna sygnatura: Pobłogosław Panie Boże to nase mieskanie. Zachowaj Święty Floryjanie od ognia. I data.
![]() |
| Świerkowy strop w chacie Babci Anieli |
Ściany z bala pomalowane na błękitno. Nierówne i z popękaną farbą odsłaniającą kilka poprzednich warstw i kolorów.
Podłoga z równie starych dech najróżniejszej szerokości. Surowa. Jak to usłyszeliśmy od kogoś – „taka zbójnicka podłoga”.
Wszystkie drzwi były wymienione, co też było plusem. Wykonane starannie, podobnie jak okna. Zresztą zdarzyło nam się korzystać z pomocy tegoż stolarza później i nie zawiedliśmy się. Część środkowa domu zamieniona została przez opiekuna starszej pani w małą kuchnię, z opuszczonym sufitem z płyty kartonowo-gipsowej, pomalowaną na gustowny łosoś. Z tej kuchni wychodziło się do szopki (i wychodka), a z szopki, na podwórko.
Po lewo od wejścia był kamieniok – kamienne pomieszczenie dla bydła. Taka sobie mała obórka. Dalej budynek przechodził w niewielką stodołę, z której wrzucało się na strych siano dla zwierząt. Oj, tego siana to tam było. Raj dla myszy, kotów i łasic z całej okolicy. I szalone obciążenie dla stropu. Ale też swoiste ocieplenie. Właściwie jedyne ocieplenie domu od góry.
Ale już na wiosnę góra wyglądała tak:
Czyli było wszystko, co potrzebne. Zaraz, zaraz, nie, nie… Nie wszystko. Nie było wody. Babcia za życia miała studnię, a jakże, ale studnia ostała się na odsprzedanej ciut wcześniej działce.
Ano, dom jest, wody ni ma…
I jak sobie z tym fantem radziliśmy? O tym następnym razem…
Zapraszam 🙂




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz