sobota, 11 marca 2017

Fundament do poprawy


Wiele było do poprawy i jeszcze dziś by się trochę znalazło. Ale fundament to ważna sprawa. Stary fundament był z cegieł i kamieni. Nie było z nim jeszcze najgorzej, więc stwierdziliśmy, że nadlanie warstwy nowego betonu wokół w zupełności wystarczy.








Fundament z kamienia wymagał poprawek

Dżon zbudował więc taką sobie konstrukcję. Zabezpieczył, żeby się nic nie rozlazło i popłynął beton strumieniem. Niezbyt szerokim, żeby konstrukcja wszystko utrzymała 😉





Oblewanie fundamentów starej chaty w Czernichowie

Żeby nic nie popękało, polewaliśmy beton wodą z naszej studni, która po wyschnięciu zostawiła superowe zacieki. I cały nowy fundament nie wyglądał ani na nowy, ani na strasznie betonowy. Poza tym, co trudno zobaczyć na zdjęciach, deski i płyty zostawiły fajną fakturę. Niezamierzony niczego sobie efekt.




W ten sposób powstał rustykalny betonowy fundament 😉





Ów doniosły czyn został odnotowany sygnaturą:



Wiele rzeczy działo się na początku jednocześnie. Fundament Dżon wylał pomiędzy rozebraniem sypiącej się szopki a postawieniem szopy z prawdziwego zdarzenia. To było nie lada przedsięwzięcie.

Ale o tym następnym razem…

Zapraszam






sobota, 4 marca 2017

Kap, kap, kap


I zaczęło się z grubej rury
Od wiercenia wielkiej dziury…

Przepytawszy sąsiadów dowiedzieliśmy się, że wodociąg teoretycznie jest, ale nie przyłączają nowych domów, bo…. wody brakuje. A co to za wodociąg, że wody brakuje? Ano taki, który wyłapuje w zbiorniki wodę spływającą z góry i rozprowadza to po domach….. Taaa….. Trudno było dyskutować nowym z miejscowymi.
Nie było innego wyjścia, tylko dokopać się do wody. Znalazł się miejscowy przedsiębiorca, sprawa została obgadana, termin umówiony. Miał wiercić na wiosnę i słuch po nim zaginął. Ani dodzwonić się, ani doczekać telefonu. Przeszedł marzec, przeszedł kwiecień. Wodę woziliśmy z domu w baniakach i butlach, używając tak oszczędnie, jak się dało. W maju mieliśmy dość i znaleźliśmy inną firmę, która przyjechała dosłownie z dnia na dzień. Przyjechały wielkie maszyny, które cudem zmieściły się na niewielkiej działce i woda poleciała ostrym strumieniem.



Wiercenie studni głębinowej

Ciekiem zachwycił się nawet główny wiertniczy, bo to różnie podobno bywa.

U nas wody nie brakuje, nawet w najgorętsze lato. Z upodobaniem podlewamy więc kwiatki i trawę….

– Wywierćmy studnię! Będziemy mieli czyściutką, przefiltrowaną przez różne złoża wodę… Ha, ha, ha, nic bardziej mylnego. Woda z wierconej studni zawsze jest zanieczyszczona. Ale tego dowiedzieliśmy się, gdy oddaliśmy próbki do przebadania. Woda z wierconej studni zawsze musi być uzdatniana. Nasza też. Można się myć, ale do picia nie polecam.

Wody mamy więc pod dostatkiem do wszystkiego, ale do gotowania wciąż wozimy wodę z domu. Wszystko w swoim czasie…

Podłączenie wody rozwiązało wiele problemów. Teraz było wreszcie można zabrać się za prawdziwą robotę. Ale od czego tu zacząć? Na co nie spojrzeć, to można rękawy zakasać. To może najpierw poprawić fundament?
Ale o tym następnym razem…

Korzystając z pogody pochodziliśmy po okolicy. Miejsce jest super. Dosłownie spacerkiem nad jedno jezioro, spacerkiem nad drugie jezioro, dłuższym spacerkiem nawet na Górę Żar. Wszystko  w zasięgu ręki. A maj jest piękny.

Murowana kapliczka  z XVIII w. oraz drewniana dzwonnica (XIX w.)

Leśne ścieżki w Beskidach

Jezioro Międzybrodzkie
 
I typowy widok na niebie – lotnie, samoloty i szybowce – wszystko dzięki Górskiej Szkole Szybowcowej Aeroklubu Polskiego „Żar” oraz działającej na Żarze szkole paralotniowej. Lubię na nie patrzeć, a widok samolotu wynoszącego w powietrze szybowiec i typowy odgłos silnika przypominają mi dzieciństwo niedaleko łódzkiego Lublinka.

Panie pilocie, dziura w samolocie…



Pozdrawiam

czwartek, 2 marca 2017

Czym chata bogata

– A po kie licho wam takie coś. A dlaczego nie piękny dom góralski w stylu górniczym? Obejrzyjcie się wokół. Kto tu ma taką chatę?

– Ano taka sobie fenaberyja. Kupić sobie chatę, póki jeszcze można taką spotkać. Bo zaraz będzie za późno. A to dom ze świata, którego już nie ma.


Chata na zewnątrz wyglądała zachęcająco. Trzymała się jeszcze kupy. Wierzcie mi, że widzieliśmy różne cuda. W środku miłe zaskoczenie – izba była wysoka. W innych domach strop był nisko. Tuż nad oknami. Pewnie ma to swój specyficzny wdzięk. Pewnie tak. Ale nie dla mnie. Mimo, że sama mam metr pięćdziesiąt w kapeluszu, potrzebuję trochę przestrzeni.
Tak, sufit w izbie był wysoko i był piękny. Stare, szerokie świerkowe dechy oparte na trzech grubych dźwigarach. Wszystko pokryte patyną, zakonserwowane dymem z pieca, po którym został tylko ślad na podłodze. Nikt dotąd nie zdążył go pomalować, ani, co gorsza, obić jakąś nieszczęsną boazerią. Na środkowym dźwigarze wyryta piękna sygnatura: Pobłogosław Panie Boże to nase mieskanie. Zachowaj Święty Floryjanie od ognia. I data.

Świerkowy strop w chacie Babci Anieli
 
Ściany z bala pomalowane na błękitno. Nierówne i z popękaną farbą odsłaniającą kilka poprzednich warstw i kolorów.


Podłoga z równie starych dech najróżniejszej szerokości. Surowa. Jak to usłyszeliśmy od kogoś – „taka zbójnicka podłoga”.


Wszystkie drzwi były wymienione, co też było plusem. Wykonane starannie, podobnie jak okna. Zresztą zdarzyło nam się korzystać z pomocy tegoż stolarza później i nie zawiedliśmy się. Część środkowa domu zamieniona została przez opiekuna starszej pani w małą kuchnię, z opuszczonym sufitem z płyty kartonowo-gipsowej, pomalowaną na gustowny łosoś. Z tej kuchni wychodziło się do szopki (i wychodka), a z szopki, na podwórko.
Po lewo od wejścia był kamieniok – kamienne pomieszczenie dla bydła. Taka sobie mała obórka. Dalej budynek przechodził w niewielką stodołę, z której wrzucało się na strych siano dla zwierząt. Oj, tego siana to tam było. Raj dla myszy, kotów i łasic z całej okolicy. I szalone obciążenie dla stropu. Ale też swoiste ocieplenie. Właściwie jedyne ocieplenie domu od góry.


 Ale już na wiosnę góra wyglądała tak:




 
Czyli było wszystko, co potrzebne. Zaraz, zaraz, nie, nie… Nie wszystko. Nie było wody. Babcia za życia miała studnię, a jakże, ale studnia ostała się na odsprzedanej ciut wcześniej działce.
Ano, dom jest, wody ni ma…
I jak sobie z tym fantem radziliśmy? O tym następnym razem…

Zapraszam 🙂



środa, 1 marca 2017

Chata w Czernichowie

… czyli o tym, jak znaleźliśmy dom Babci Anieli

 

Wychowałam się w wielkim mieście i tam mieszkałam przez 40 lat. Nie wyobrażałam sobie innego życia. Mieszkałam sobie w bloku. Nie zazdrościłam innym domów, nie byłam maniaczką zmian. Było mi dobrze. A potem przyszedł dzień, że wyprowadziłam się na wieś. Kupiliśmy ceglany domek. Grzebałam w ziemi latem, paliłam w kominku zimą. I było mi dobrze. A potem przyszedł dzień, gdy mój mąż zasiał ziarenko niepokoju – a może by tak wyprowadzić się w góry… Hmmm. Zgodnam ci ja, więc zaczęły się nasze wojaże w poszukiwaniu domu w Beskidach. Trwało to trochę, aż zniechęceni stwierdziliśmy: „Jedziemy ostatni raz”. I znaleźliśmy naszą chatę. Okolica przepiękna. Był rok 2011.

Soła w Czernichowie. Widok w stronę tamy w Tresnej.

Jezioro Międzybrodzkie.

Rzeka Soła.

Ale nie, nie. Wtedy nie było tak uroczo. Był grudzień 2011 roku. Ciepławy grudzień, bez słońca, bez śniegu. Ble. Ale dom był piękny (aha, znowu niektórzy się pukają w czoło). Stare bale, piękne, ręcznie siekierką obrobione drewniane okna, kamienna przybudówka dla byczka i stara stodółka. Wszystko pod jednym długim dachem. Do tego „sopka z wychodkiem”. Aha!

 
Okno jest zaledwie kilkuletnie, ale spójrzcie na ręczną obróbkę nad nim – bale fantazyjnie ociosane siekierką skradły moje serce. 


Dom stoi szczytem w drodze. Ma dwa wejścia i dwa podwórka, z obu stron. 




Chata, wygląd części kamiennej i stodoły. 


- Podoba ci się? 
- Tak. A tobie? 
- Tak. Ale wiesz, że tu będzie kupa roboty.
- Aaaa, damy radę.

Tak zaczął się nasz remont życia.
Dom Babci Anieli…  Krył w sobie więcej niespodzianek, niż ta przewidywana „kupa roboty”. Ale jestem więcej niż pewna, że Babcia Aniela spogląda nieraz z góry i cieszy się tym, co wyprawia się w jej domu.
A co się wyprawia, już w kolejnym wpisie. 

cdn.