środa, 1 marca 2017

Chata w Czernichowie

… czyli o tym, jak znaleźliśmy dom Babci Anieli

 

Wychowałam się w wielkim mieście i tam mieszkałam przez 40 lat. Nie wyobrażałam sobie innego życia. Mieszkałam sobie w bloku. Nie zazdrościłam innym domów, nie byłam maniaczką zmian. Było mi dobrze. A potem przyszedł dzień, że wyprowadziłam się na wieś. Kupiliśmy ceglany domek. Grzebałam w ziemi latem, paliłam w kominku zimą. I było mi dobrze. A potem przyszedł dzień, gdy mój mąż zasiał ziarenko niepokoju – a może by tak wyprowadzić się w góry… Hmmm. Zgodnam ci ja, więc zaczęły się nasze wojaże w poszukiwaniu domu w Beskidach. Trwało to trochę, aż zniechęceni stwierdziliśmy: „Jedziemy ostatni raz”. I znaleźliśmy naszą chatę. Okolica przepiękna. Był rok 2011.

Soła w Czernichowie. Widok w stronę tamy w Tresnej.

Jezioro Międzybrodzkie.

Rzeka Soła.

Ale nie, nie. Wtedy nie było tak uroczo. Był grudzień 2011 roku. Ciepławy grudzień, bez słońca, bez śniegu. Ble. Ale dom był piękny (aha, znowu niektórzy się pukają w czoło). Stare bale, piękne, ręcznie siekierką obrobione drewniane okna, kamienna przybudówka dla byczka i stara stodółka. Wszystko pod jednym długim dachem. Do tego „sopka z wychodkiem”. Aha!

 
Okno jest zaledwie kilkuletnie, ale spójrzcie na ręczną obróbkę nad nim – bale fantazyjnie ociosane siekierką skradły moje serce. 


Dom stoi szczytem w drodze. Ma dwa wejścia i dwa podwórka, z obu stron. 




Chata, wygląd części kamiennej i stodoły. 


- Podoba ci się? 
- Tak. A tobie? 
- Tak. Ale wiesz, że tu będzie kupa roboty.
- Aaaa, damy radę.

Tak zaczął się nasz remont życia.
Dom Babci Anieli…  Krył w sobie więcej niespodzianek, niż ta przewidywana „kupa roboty”. Ale jestem więcej niż pewna, że Babcia Aniela spogląda nieraz z góry i cieszy się tym, co wyprawia się w jej domu.
A co się wyprawia, już w kolejnym wpisie. 

cdn.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz