… czyli o tym, jak znaleźliśmy dom Babci Anieli
Wychowałam się w wielkim mieście i tam mieszkałam przez 40
lat. Nie wyobrażałam sobie innego życia. Mieszkałam sobie w
bloku. Nie zazdrościłam innym domów, nie byłam maniaczką zmian.
Było mi dobrze. A potem przyszedł dzień, że wyprowadziłam się
na wieś. Kupiliśmy ceglany domek. Grzebałam w ziemi latem, paliłam
w kominku zimą. I było mi dobrze. A potem przyszedł dzień, gdy
mój mąż zasiał ziarenko niepokoju – a może by tak wyprowadzić
się w góry… Hmmm. Zgodnam ci ja, więc zaczęły się nasze
wojaże w poszukiwaniu domu w Beskidach. Trwało to trochę, aż
zniechęceni stwierdziliśmy: „Jedziemy ostatni raz”. I
znaleźliśmy naszą chatę. Okolica przepiękna. Był rok 2011.
![]() |
| Soła w Czernichowie. Widok w stronę tamy w Tresnej. |
![]() |
| Jezioro Międzybrodzkie. |
![]() |
| Rzeka Soła. |
Ale nie, nie. Wtedy nie było tak uroczo. Był grudzień 2011 roku. Ciepławy grudzień, bez słońca, bez śniegu. Ble. Ale dom był piękny (aha, znowu niektórzy się pukają w czoło). Stare bale, piękne, ręcznie siekierką obrobione drewniane okna, kamienna przybudówka dla byczka i stara stodółka. Wszystko pod jednym długim dachem. Do tego „sopka z wychodkiem”. Aha!
Okno jest zaledwie kilkuletnie, ale spójrzcie na ręczną obróbkę
nad nim – bale fantazyjnie ociosane siekierką skradły moje serce.
Dom stoi szczytem w drodze. Ma dwa wejścia i dwa podwórka, z obu
stron.
Chata, wygląd części kamiennej i stodoły.
- Podoba ci się?
- Tak. A tobie?
- Tak. Ale wiesz, że tu będzie kupa roboty.
- Aaaa, damy radę.
Tak zaczął się nasz remont życia.
Dom Babci Anieli… Krył w sobie więcej niespodzianek, niż ta przewidywana „kupa roboty”. Ale jestem więcej niż pewna, że Babcia Aniela spogląda nieraz z góry i cieszy się tym, co wyprawia się w jej domu.
A co się wyprawia, już w kolejnym wpisie.
cdn.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz