niedziela, 6 sierpnia 2017

Kuchenna rewolucja...



- A to jest kuchnia, tak?
- To była kuchnia. Tak.
- To co teraz tu jest?
- Tutaj teraz jest łazienka. Kiedyś Ci o tym opowiem.
- To gdzie jest kuchnia?
- A, tam...
- Ale tam jest obórka... Hmmm....
- Nie. Tam była obórka. Teraz jest kuchnia. Dobrze, że byk tego nie widzi, bo albo by mu się we łbie poprzewracało, albo dostałby zawału i padł...



No, tośmy sobie pogadali, a teraz o czym właściwie była mowa?

         Kuchnia Babci Anieli (tak miała na imię właścicielka domu, której zresztą już nie poznaliśmy, a ponieważ odeszła w sędziwym wieku, mówimy o niej zawsze Babcia Aniela) wyglądała tak, jak na zdjęciu poniżej. Czysta i dość niedawno odnowiona, z drzwiami na podwórko i blisko wygódki w szopie. Okno, trzy pary drzwi i kuchnia na węgiel. Typowy, malowany olejną farbą kredens, stolik, krzesło, łóżko. No, dobrze. Może być. Ale w domu nie było łazienki, a tak już nie może być. Gdzie zrobić więc łazienkę? I wyszło, że to jest jedyne miejsce. W ten sposób z domu zniknęły łososiowa kuchnia... i "rustykalna" obórka. Niestety, nie jak za skinieniem czarodziejskiej różdżki... 



Zdjęcie kuchni zrobione w dzień zakupu. Słabej jakości, ale daje pojęcie, jak to wszystko wyglądało.


       A teraz drugie zdjęcie poglądowe - od czego zaczęliśmy nową kuchnię:



Taaaa, widzicie już tą kuchnię oczami wyobraźni. Jestem pewna...


         Kuchnia czy łazienka, o czymkolwiek tutaj się nie pisze, z góry możecie przyjąć, że roboty było w bród. Zacznijmy od kuchni. Tak to mniej więcej wyglądało, choć zdjęcia z absolutnego początku nawet nie mamy. Tu już stoi drabina i kobyłki. Czyli widać ślady bytności człowieka... Sporo deliberowania, liczenia, sprawdzania, kalkulowania, trochę szczęścia, i ogrom pracy - to przepis na kuchnię w obórce.
         O zamurowaniu drzwi na zewnątrz i wstawianiu okna pisałam poprzednio, a teraz o tym, co było w środku. Całe pomieszczenie zbudowane jest z kamieni, niektóre z nich są naprawdę duże. Przez to konstrukcja jest stabilna. Od tej strony nie było żadnego problemu. Problem natomiast był    z tym, jak doprowadzić wodę i odprowadzić ścieki. Palec Boży, łut szczęścia? Przy wyrównywaniu posadzki naszym oczom ukazały się jakby wymarzone dla takich celów szczeliny w ścianie... I po problemie :)  Łut szczęścia czy palec Boży?





         Wszystko to mogło się dziać w  listopadzie tylko dlatego, że wcześniej wstawiliśmy już okno, a Dżon zbudował tutaj drugi komin. Koza, która tu wciąż jeszcze stoi, grzała jak szalona, więc robota mogła się posuwać do przodu.




        Żeby wylać posadzkę i myśleć o podłodze trzeba było to wszystko wyrównać.



Kuchnia, wyrównywanie gruntu pod posadzkę.


       Poziom, który i tak tutaj był niższy, jeszcze trochę poszedł w dół. Wynieśliśmy stąd sporo kamieni, a do naszej kuchni schodzi się po kamiennym stopniu.



Do kuchni po schodkach...

 Teraz już z górki, co? O nie!!! Widzisz ten sufit? No nie, to nie jest żaden sufit. To jest Moi Drodzy piękny, stary strop Kleina. 


Strop Kleina.

         Taaaa, stary to on niewątpliwie jest. Ale czy piękny? Strop oczywiście był otynkowany, pobielony, ale Dżon chciał mu dać szansę. Już nie powiem, ile razy pożałował, zanim skończył z nim robotę. Ale co, zostawić połowę? Nie, no można przecież zasłonić tą starzyznę pięknym sufitem podwieszanym i zamontować w nim lampki. No, przecież teraz wszyscy tak robią... Och, żeby któraś z tych cegieł ze stropu spadła nam na głowę, gdyby powstała w niej taka myśl...
Z czyszczeniem była prawdziwa katorga, ale sami zobaczycie.

          Pomieszczenie jest spore, ale dość ciemne przy swoich kamiennych ścianach i jednym oknie. Postanowiliśmy zostawić tylko jedną kamienną ścianę, a resztę przykryć jednak płytą kartonowo-gipsową.


Ta ściana została.






Później Dżon dokończył podłogę...





Pomalowaliśmy...





A wszystko zaczęło wyglądać tak:





Nowa kuchnia w starym domu.

A propos.... Jak Wam się podoba strop?
Tutaj z bliska:



Oczyszczony strop Kleina.

Później można już było powoli wstawiać to i owo...



No, a potem to już poszło wszystko, co w kuchni niezbędne. Nawet pralka się zmieściła. Nie mam żadnego "godnego publikacji" zdjęcia z tu i teraz, ale postaram się poprawić w przyszłości :)

I jak Wam się podobała ta kuchenna rewolucja?

Następnym razem pokażę zagładę starej kuchni i co z tego wyszło...

Pozdrawiam i zapraszam do nas znów...

wtorek, 25 lipca 2017

Malowane wrota

- Jakie znowu wrota?
- Ano do stodółki.
- To tu jeszcze jest stodoła? Nie dość szopy i obórki?
- Ano jest w pakiecie i koniec.

Stodółka jest w pakiecie, czyli jest to po prostu ostatnia część budynku. Bardzo lubię to, że wszystko jest zbudowane jednym ciągiem. Do mieszkalnej części balowej przylegała kamienna obórka, zaś do niej z kolei drewniana stodoła. Wszystko przykryte jednym dachem. Ze stodółki można było wejść na strych, a właściwie wrzucało się tam siano zebrane z okolicznych łąk. Siano było oczywiście dla byka, ale większość po prostu leżała tam latami i ocieplała strop. Ocieplała dość skutecznie i równie skutecznie go obciążała, o czym przekonaliśmy się, gdyśmy je wyrzucili. Zrobiło się chłodniej, a cała chata trzeszczała tak, że nieraz zastanawialiśmy się, czy ktoś nie chodzi po górze. A ona po prostu prostowała się...

A dziś o wrotach do stodółki, bo to ostatnia część "frontowej elewacji" (ach, jak to brzmi...). Niestety, okazuje się, że nie ma właściwie zdjęć starych wrót, a szkoda... Drewno było piękne, stare, ciemne od deszczu i słońca. Jedyne zdjęcie jakie znalazłam jest bardzo niewyraźne...




Niestety, tamte wrota były już wypaczone, niektóre deski  spróchniałe. Nie było jak ich ratować, zostały rozebrane. Nowe wzmocniły przy okazji konstrukcję budynku. Wszystko, co Dżon robi ma przy okazji wzmacniać całość. Skoro chata stała te sto lat, to niech jeszcze bezpiecznie ze sto postoi. Wrota usztywniły tą część domu.

Dżon zrobił je w taki sam sposób, jak drzwi wejściowe, tak, że nie pasują do całości :)


A zaraz po robocie wyglądały tak:





Okucia są identyczne wszędzie...


Na koniec całe wrota Dżon pociągnął pokostem, który doskonale zabezpiecza i konserwuje drewno. A także nadaje mu głębszy kolor, uwidacznia słoje...

Czyli, to nie są malowane wrota. To są pokostowane wrota :)



 Tak to wyglądało w 2013 roku...



... a tak dziś, czyli po 4 latach :)



Już widać lekką "patynę". No i dobrze. Tak wygląda swojsko i naturalnie :)

Powolutku mogę wycofywać się z podwórka.
Następnym razem zabiorę Was do kuchni. Jak starych znajomych...

Pozdrawiam i zapraszam!

czwartek, 20 lipca 2017

Kamień na kamieniu, na kamieniu kamień...

Wracając, jak gdyby nigdy nic, do tematu....

Tylko balowa część domu nie wymagała większej ingerencji. Właściwie nie wymagała żadnej. Piękne, ręcznie ciosane bale oparły się upływowi lat i cieszą oczy do dziś. Dziurki po kołatku pracowicie zajmują co roku jakieś osowate, a walkę z nimi dzielnie prowadzą sikorki (i chociaż od środka ma się wrażenie, że to co najmniej dzięcioły, to nie, jednak sikorki, bo sprawdziłam). Resztę domu trzeba było jednak nieco "przysposobić". Dziś o kamiennej części.

Kamieniak był dumną siedzibą ... byka. Tak. Po prostu była to kamienna obórka, w której Babcia Aniela chowała sobie byczka albo dwa. O tym, jak z obórki powstała kuchnia kiedy indziej. Dzisiaj pokażę jak zmieniła się ta część frontu domu.

Na początku było tak. Malowniczo i praktycznie jednocześnie. Pod warunkiem, że chowałeś byki...




Krótko mówiąc, tak:



Pomijając te wszystkie cegły, sama robota kamieniarska była wcale niezła. Ale my mieliśmy swoją koncepcję i tu trzeba się było dobrze zastanowić. Jak zrobić, żeby nowe wtopiło się w stare. I jak to zrobić jednymi rękami...

Powoli.

Okno zdecydowaliśmy się w ogóle zamurować, natomiast drzwi Dżon zamurował do połowy i tak powstało nowe okno. O tak:

Nasze prywatne lochy...


Tak to wyglądało od środka...


A tak od podwórka...

Zamurowane okno od obórki.



Były drzwi i nie ma drzwi. Jest za to okno z pięknym kamiennym parapetem. Przy okazji  Dżon "wyciągnął" na tą stronę wodę, żeby było łatwo podlewać. Inaczej musielibyśmy chyba za każdym razem ciągnąć wąż przez środek chałupy... Albo ulicą, dookoła domu. Już to widzę... kilometry węża ogrodowego i defilada ulicą (no, wielkie słowo "ulica"). I jeszcze modlić się, żeby ktoś nie przejechał... Nieeee, no przecież sąsiedzi nie jadą tu szybciej niż 60, jak to kiedyś usłyszeliśmy... To nic, że droga wąziutka, jak to w górach...

No i w tym momencie zostało właściwie tylko wstawić okno.

Wstawione okno kuchenne od środka.



Wszystkie okna, czyli właśnie to i okna na poddaszu, robił nam bardzo dobry fachowiec, pan Maciek z Żywca. On wymienił wszystkie okna i drzwi Babci Anieli, a że zrobił naprawdę dobrą robotę zdobyliśmy na niego namiary i nie żałujemy. Świetny stolarz, jesteśmy szczerze zadowoleni. Okna oczywiście są drewniane. Dzięki Bogu nikt nie wpadł na to, żeby tej staruszce zaaplikować plastikowe okna. Uffff...



Myślę, że wyszło fajnie. Było z tym roboty i kombinowania, ale tu już tak jest. Wszystko kosztuje trzy razy tyle roboty i dziesięć razy tyle kombinowania, myślenia, liczenia, przymierzania, itp., itd.


To był rok 2013. A tak to się ma teraz...

Na okienko w kuchni zrobiłam na szydełku siatkową firankę w kwiatkowy wzorek. Myślę, że pasuje idealnie...



W tle artystycznie przycięte tuje sąsiada...


Już prawie nie widać żadnej różnicy. Tak, jakby nigdy nie było drzwi, nigdy nie było obórki, nigdy nie było byka. A był. Dlatego teraz mamy kuchnię "po byku"!



I to by było na tyle.
Następnym razem pokażę, jak Dżon zrobił nowe wrota do stodółki.
Pozdrawiam i zapraszam do nas znów!

😊

niedziela, 7 maja 2017

Grunt to frunt

     Przyznam się bez bicia, że zaniedbałam trochę wpisy. Miałam wrażenie, że i tak nikt tu nie zagląda. Przy nawale innych zajęć, blog zawsze schodził na dalszy plan. Ale się myliłam. Zaglądacie tutaj, warto więc znów o czymś napisać.
     To jest jak prowadzenie pamiętnika. Tyle, że trzeba sobie wszystko przypominać. Wertować setki zdjęć. Czasami żałuję, że nie pisałam na bieżąco. Byłoby łatwiej, zdjęcia robilibyśmy pod kątem pokazania tego, co najważniejsze, najciekawsze. Teraz wybieram spośród tych, które są, a nie zawsze są dość dobre, żeby je zamieścić. Albo w ogóle nie ma ujęć, które przy opisywaniu "trudów remontu" byłyby przydatne. Często po prostu fotografowało się efekt końcowy, i tyle.

Ostatnio obiecałam przejść na drugą stronę domu. Zapraszam....

Oto zdjęcie domu, który kupiliśmy...



     Zdjęcie słabiutkie, ale wrażenie ogólne daje. Jest wszystko, co mogło być potrzebne na wsi. Izba. Obórka, bo trudno to nazwać oborą :) oraz stodółka na siano, większość którego trafiała na górę i dodatkowo ocieplała dom od strony dachu.

     Samo wejście nie było takie złe. Babcia Aniela zdążyła jeszcze wymienić drzwi, które są baaaaardzo porządnie wykonane (podobnie jak okna), przez żywieckiego stolarza. Są bardzo solidne, ale niestety nie pasowały do chaty. Przeszły więc, można powiedzieć, lifting :)


Wejście do chaty na początku.

     A wszystko zaczęło się od tego, że ściana przy drzwiach wcale nie była taka solidna, na jaką wyglądała. Szczerze mówiąc, były to tylko deski. Prawda wyszła na jaw, kiedy zabrano stojący w sieni stary kredens. Wtedy światło z zewnątrz zaczęło wpadać do środka. I zimno też :)




     Tak zostać nie mogło, mimo najlepszych chęci. Trzeba to było wzmocnić i ocieplić. Żeby bez potrzeby nie pogrubiać ściany, użyliśmy specjalnej folii, która z płytami i obiciówką bardzo dobrze zdaje egzamin.




     Do tego doszła potem płyta OSB i odeskowanie, ale o tym przy innej okazji. Wyjdźmy już na zewnątrz.
     A na zewnątrz najpierw pod młotek, dosłownie, poszły drzwi. Tak jak mówiłam, czasem brakuje potrzebnych akurat zdjęć. Tutaj mam tylko zdjęcia "po robocie". Wyszły tak:




    Z bliska... Klamka świetnie działa cały czas, więc każdemu kto zastanawiałby się, czy to nie jakiś jednorazowy wynalazek możemy z czystym sercem polecić.




Po drzwiach przyszła kolej na resztę ściany. Również obita jest OSB i piękną obiciówką z Jasnowic.





Wszystko Dżon wykończył liną i zapokostował dla ochrony.






W całości wygląda to tak:



Tak zakończył się pierwszy etap prac nad frontem domu. Efekt nas bardzo cieszy. Wyszło tak, jak sobie to wyobrażaliśmy.

Ostatnio zrobiłam małą zazdrostkę na okienko i teraz wszystko wygląda tak (maj 2017).





     I jak Wam się podoba?



Dalsze prace nad frontem następnym razem. Pozdrawiam :)