niedziela, 7 maja 2017

Grunt to frunt

     Przyznam się bez bicia, że zaniedbałam trochę wpisy. Miałam wrażenie, że i tak nikt tu nie zagląda. Przy nawale innych zajęć, blog zawsze schodził na dalszy plan. Ale się myliłam. Zaglądacie tutaj, warto więc znów o czymś napisać.
     To jest jak prowadzenie pamiętnika. Tyle, że trzeba sobie wszystko przypominać. Wertować setki zdjęć. Czasami żałuję, że nie pisałam na bieżąco. Byłoby łatwiej, zdjęcia robilibyśmy pod kątem pokazania tego, co najważniejsze, najciekawsze. Teraz wybieram spośród tych, które są, a nie zawsze są dość dobre, żeby je zamieścić. Albo w ogóle nie ma ujęć, które przy opisywaniu "trudów remontu" byłyby przydatne. Często po prostu fotografowało się efekt końcowy, i tyle.

Ostatnio obiecałam przejść na drugą stronę domu. Zapraszam....

Oto zdjęcie domu, który kupiliśmy...



     Zdjęcie słabiutkie, ale wrażenie ogólne daje. Jest wszystko, co mogło być potrzebne na wsi. Izba. Obórka, bo trudno to nazwać oborą :) oraz stodółka na siano, większość którego trafiała na górę i dodatkowo ocieplała dom od strony dachu.

     Samo wejście nie było takie złe. Babcia Aniela zdążyła jeszcze wymienić drzwi, które są baaaaardzo porządnie wykonane (podobnie jak okna), przez żywieckiego stolarza. Są bardzo solidne, ale niestety nie pasowały do chaty. Przeszły więc, można powiedzieć, lifting :)


Wejście do chaty na początku.

     A wszystko zaczęło się od tego, że ściana przy drzwiach wcale nie była taka solidna, na jaką wyglądała. Szczerze mówiąc, były to tylko deski. Prawda wyszła na jaw, kiedy zabrano stojący w sieni stary kredens. Wtedy światło z zewnątrz zaczęło wpadać do środka. I zimno też :)




     Tak zostać nie mogło, mimo najlepszych chęci. Trzeba to było wzmocnić i ocieplić. Żeby bez potrzeby nie pogrubiać ściany, użyliśmy specjalnej folii, która z płytami i obiciówką bardzo dobrze zdaje egzamin.




     Do tego doszła potem płyta OSB i odeskowanie, ale o tym przy innej okazji. Wyjdźmy już na zewnątrz.
     A na zewnątrz najpierw pod młotek, dosłownie, poszły drzwi. Tak jak mówiłam, czasem brakuje potrzebnych akurat zdjęć. Tutaj mam tylko zdjęcia "po robocie". Wyszły tak:




    Z bliska... Klamka świetnie działa cały czas, więc każdemu kto zastanawiałby się, czy to nie jakiś jednorazowy wynalazek możemy z czystym sercem polecić.




Po drzwiach przyszła kolej na resztę ściany. Również obita jest OSB i piękną obiciówką z Jasnowic.





Wszystko Dżon wykończył liną i zapokostował dla ochrony.






W całości wygląda to tak:



Tak zakończył się pierwszy etap prac nad frontem domu. Efekt nas bardzo cieszy. Wyszło tak, jak sobie to wyobrażaliśmy.

Ostatnio zrobiłam małą zazdrostkę na okienko i teraz wszystko wygląda tak (maj 2017).





     I jak Wam się podoba?



Dalsze prace nad frontem następnym razem. Pozdrawiam :)